Hygge. Północnik

(English version below Polish)

Był wtorek. Wtorek, więc była i kawa, a skoro kawa to aeropress. Czarny, bez mleka. W smaku trochę ziemisty, co świadczy o tym, że właśnie taki, jaki być powinien.

Był wtorek, tuż po rozpoczęciu internetowego ekshibicjonizmu, który okazał się bardziej kontrolowany niż do tej pory przypuszczałam. Dzień usadzony w jednej z miejskich kawiarni, z kawałkiem brzoskwiniowego ciasta przed nosem, atakowanego przez okoliczne wróble. Patrząc tak na nie, muszę przyznać, że udało im się do perfekcji opanować mechanizm przekonywania o głodzie. Ot takie awaryjne niedomówienie, odbijające się wciągniętymi, odsłaniającymi żebra brzuchami, którym tak naprawdę daleko do długiego poszczenia. I jak tu się nie podzielić, pozwolić na małe kłamstwo, na którym nie stracę ani ja, ani te utkwione w galaretce brzoskwinie.

Na stole obok stoi kosz z pomarańczami, koło popielnicy. Jakiś mężczyzna gasi w niej papierosa, którym mógłby zaciągnąć się jeszcze ze trzy razy. Wyraźnie się spieszy. Krótkie oddechy. Mechaniczne usta usta z LM’em. Mrugnięcie okiem i znika za drzwiami samochodu, który zatrzymał się tylko na chwilę. Trochę wieje. Przykrywam się granatowym kocem w kratę i czekam. Czekam na hygge. Błogostan, ciszę, ciepełko. Dyfuzja. Zapach pomarańczy z oddechem niedopałka. Przede mną biegnie jedna z bardziej ruchliwych ulic, ale jedynie w godzinach szczytu, aby potem znowu pogrążyć się w milczeniu. A ja nadal czekam. I mogłabym tak siedzieć już zawsze. Do jutra, a potem już całą wieczność.

IMG_20150729_191824

Ulicę wypełnił sznur samochodów. Wszyscy patrzą to przed siebie, to w ekran telefonu. Jakiś obcy mężczyzna skinął głową w moim kierunku. Może mnie z kimś pomylił, a może przywiózł mi hygge w bagażniku swojego auta. Odjechał. Przez chwilę zrobiło się pusto. Zdarzyło się tak wiele. Minęła zaledwie godzina. Sześćdziesiąt minut, wewnętrznego dialogu spod koca, przerwanego spacerem do domu. Taki spacer, to świetny slalom między garniturowymi panami, a paniami z pieskiem. Po drodze nie było hygge. Ani leżącego na chodniku, ani w przejeżdżającym autobusie numer jedenaście. Nie było go w domu, w stercie pracy, koszu na bieliznę, czy skrzynce na listy. Ono zostało pod tym kocem kawiarnianym. W pustym kubku po kawie, okruchach ciasta, które zaraz zabierze wróbel. W przypadkowych skinieniach i pomarańczach. Niewidoczne z perspektywy miękkiej sofy, do czasu, aż się z niej w końcu nie wstanie.

***

Tuesday. Coffee. When I fancy a coffee, my first thought is an aeropress. Dark, without milk, tasting a bit like soil. Putting them all together, it makes the finest combination.

It all happened on Tuesday, shortly after starting my online initiative, which appeared to be more organized than I had expected. A day, celebrated at the local café with a piece of peach cake in front of me, constantly attacked by sparrows. Looking at them, I realized that they perfectly managed to convince me about their ravenous appetite, even if they were not hungry at all. Tiny cheaters, hauling their bellies to nab a treat. Being charmed by their nature, it’s impossible not to share with them. I won’t lose too much cake with gelly and peach slices, it will remain almost intact.

There was a basket with oranges and an ashtray on the table, standing next to me. A guy putting out a cigarette, could do at least three more puffs. For sure, he was in a hurry. Shallow breath. Casual kiss with an LM cig. Soon after that, he disappeared behind the closed doors of the car which stopped for a while. It became windy. I covered myself with a navy blue, checked blanket, waiting. Waiting for hygge. For peace of mind, coziness and silence. Diffusion. Fragrance of oranges mixed with the smell of fumes. There was a street in front of me, but crowded only in the afternoons. In the evenings it got empty again. And I was still waiting. I could always sit like this. Today, tomorrow, forever.

There was traffic. All the people sitting in their cars, were looking straight ahead or checking their mobile phones. A random man bowed to me. Probably he was mistaken, thinking that he had known me well, or brought me my beloved hygge in the boot of his car. He drove away. It became silent. So many things happened, so little time passed. Sixty minutes of an internal dialogue, sitting under the blanket, interrupted by a long walk home. This kind of a trip reminds me of a slalom between men in suits and women walking their dogs. I didn’t find hygge on the pavement or on the bus number eleven. It wasn’t at home, either. Not in a bathroom basket, a pile of documents, or a mailbox. I left my hygge at the café. Under a navy blue blanket, in an empty mug, crumbs eaten by sparrows. Impossible to be noticed from a comfortable, sofa perspective. Impossible until you get up.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s