Czeski film o szczęściu

Odwiedzając księgarnie, omijam półki z poradnikami. „Uśmiech od ucha do ucha”. Ortodoncja radości. Szybki wślizg w intensywny optymizm. Trochę na wyrost. Oglądając TEDy, wybieram między kosmologią a badaniami socjologicznymi. Przyglądam się tłumom.

Mówiąc o szczęściu, trzeba raz po raz gryźć się w język. Bardzo się pilnuję. Chciałabym dalej spać spokojnie. Uniknąć nagrody publiczności dla wiecznie niezadowolonego człowieka. Nie przyklejać uśmiechu, bez względu na to czy mam ochotę, czy nie.

Jestem z tych, których bardziej cieszy sama praca niż jej rezultat. Nie znaczy to, że nie zadowala mnie wcale. Kolejnego dnia po prostu przestaję o nim pamiętać. Na drabinie satysfakcji stoję w połowie. To mi wystarcza. To miejsce wybieram. Nie czuję potrzeby poklepania po ramieniu. Lubię ubrudzić ręce. Na 365 dni, dwie trzecie są pod znakiem prawej ręki ubrudzonej wkładem z długopisu (mam słabość do pisadeł za grosze, których mankamentem jest właśnie wylewająca się od czasu do czasu większa kropla tuszu). Dzień rozgrywam zadaniowo. Trochę jak taktyk. Z pewnością jest do praktyczne. Bądź co bądź, wyczerpujące. Szczęścia nie wpisuje się w grafik.

Pojawia się taki etap, że pada pytanie „Czy jesteś szczęśliwa?”. Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć. Czuję się lekko wepchnięta na minę, której rozebranie zajmuje mi kilka procesów myślowych. Zwłaszcza, że „TAK” to jedyny, oczekiwany wariant. Nadawca nie jest gotowy na coś pomiędzy. Szczęście jest miłe, więc oczekuje się, że będzie wystarczająco miłośnie. Podchodząc od strony ogona, jesteś marudny i tyle.

Samo szczęście przypomina mi moją naukę języka czeskiego. Śmiesznie brzmiące rozmowy, dogadywanie się w sklepie na migi (tłumaczenie, że chodzi o schronisko studenckie, a nie czekoladę). Zupełnie jak krecik szyjący lniane spodenki, który nie do końca ma pojęcie co robi. Jak się zdążyłam przekonać, niewiele mam wspólnego ze „szczęśliwym krótkodystansowcem”. Wkurza mnie czasem przedstawianie dobrego humoru, jako czegoś na pstryknięcie palców. Na coś, z czym budzą się kochane panie i ich prawdziwie męscy panowie (nawet czajnik gwiżdże na gazie). Mam wtedy wrażenie, że ja w tym idealnym świecie, jestem małym górnikiem, poniżej metra siedemdziesiąt, pracującym dzień i noc, walącym głową w szyb, aby ktoś mnie wyciągnął. Na górze nikogo nie ma. Wszyscy zajęci szczęściem przyniesionym w pudełku na drugie śniadanie.

„Jeżeli twoje życie nie jest wystarczająco satysfakcjonujące, twoja szafa to adidasy i za duże jeansy, usiądź w rogu pokoju, owiń się kocem. Wkrótce zapomnisz i o życiu, i tej szafie, a nawet o tym, że tam w ogóle jesteś”

W pewnym momencie strasznie polubiłam się z perspektywą przewidywalnych wieczorów. Trochę nudnych, bez miejsca na zrobienie zdjęcia kolacji na upierdzielonym talerzu. Z filmem, o którym nie mówi się w Cannes. Ze wspinaniem do połowy drabiny. Środkowym palcem, pod płaszczem, dla krzyczącego kierowcy komunikacji miejskiej.

Jemu. Mi. Nam wszystkim od razu lżej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s