(Nie)chciane dialogi. O sztuce rozmawiania.

W październik weszłam z kubkiem herbaty z cytryną i goździkami. Kompletnym odłączeniem od tego, co poza mną. Przełączyłam kanał na perspektywę spod koca i historycznych seriali Netflixa. Kiedy cały rok spędzam intensywnie, chwila zwolnienia to gwałtownie gasnący samochód. Fotel podskakuje. Pas zablokowany. Głowa łapie reset. Zaczyna się jesień.

Zaczął się kolejny etap. The winter is comming, a ja samotnie tonę w kanapie. Każdy dzień jest inny. Raz znikam z przestrzeni online, raz wychodzę na powierzchnię. W końcu mam czas na długie rozmowy. To dla mnie lepsze niż wspólne oglądanie filmów, czy koncert.

Moje rozmowy dzielą się na schematy i wolny przepływ, przy kawie, albo grzanym winie z cynamonem. Jak całe życie kroczę na pohybel wszechobecnej przewidywalności, to kilka rytuałów jest bardzo bliskich mojemu sercu. Od kiedy pamiętam moi rodzice co rano witali się buziakiem w czoło, co zamieniłam na coś dla siebie. Tak już mam, że tych, na których mi zależy pytam „Czy mogę dziś coś dla ciebie zrobić?”. Nie mam na myśli rzeczy oczywistych, tych z listy do wykonania. Czasem jest to spacer, chwila siedzenia w ciszy, albo słuchanie, stawianie się na chwilę uważnym uchem. Gdy mam najbardziej beznadziejny dzień na świecie, to zaskakują mnie rytuały tych obok mnie.

Bywa też tak, że ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę jest sensowny dialog. Zaczyna się przepychanka półsłówek, śledzenie wskazówki zegara i zaciskanie zębów, żeby tylko nie eksplodować z tej miłości do ciszy. „Porozmawiajmy o tym”, stało się czymś niesłychanie powszechnym. O wszystkim należy mówić, dzielić się, nie chować w środku, co by nie wyhodować bardzo brzydkiej roślinki. Nie mieć tajemnic przed rodziną. W związkach, cenić sobie zaufanie. Wciskać prawdę i tylko prawdę. Strzelać faktami z dnia, jak pociskami. Gdy jest źle, to wszystko jest złe. Moje myślenie z logicznego, przechodzi w wygodne dla niewygodnych wyobrażeń. Nie ma tu o czym gadać. Nie jem lodów zimą, kiedy wystarczająco marznę.

Najbardziej nie lubię rad, gdy o nie, nie proszę. Nawet jeżeli za chwilę miałabym się solidnie rozczarować, to wolę zrobić to na własną odpowiedzialność. Tymczasem dość powszechnie słyszy się jak zrobić to, jak naprawić tamto. Nic z tego nie jest ani prawdą objawioną, ani jedynym słusznym sposobem. Także radźmy się najpierw samych siebie, a jeżeli staniemy twarzą w twarz z dylematem, to ktoś już na pewno ma dla nas rozwiązanie.

Swoim rodzicom zawdzięczam bardzo dużo szlachetności rozmowy. Od kiedy pamiętam mówili do mnie tak, że czułam, że do ryb mi daleko i mogę swobodnie się wypowiedzieć. Z kaset wideo dowiedziałam się, że jako pięciolatka posiadałam już całkiem ukształtowane poglądy na temat obiadów z przedszkolnej stołówki. Od czegoś się zaczyna. Pokazali mi, że wszystko ma początek dużo wcześniej. Nigdy nie widziałam mojej mamy zwisającej nad wózkiem porozumiewającej się onomatopejami i zwrotami typu „Gdzie jest bobas?”, „Jakie małe nóżki. Ti, ti, ti bobasku.” Nauczyli mnie, że z szacunku do przekazywania wiedzy i kształtowania małych, przyszłych dorosłych ludzi, trzeba dać im godny tego dorosłego szacunek. Nic w tym strasznego. To nie wylewanie dziecku wody z lodem na głowę. Same zrobienia w języku polskim są dość powszechne. Panowie kupują „chlebek” i „bułeczki”, a panie popijają „winko”. Dla mnie infantylizowanie mowy stawia mówiącego w dość niewiarygodnym świetle. Nie chciałabym, by lekarz zaproponował mi „prześwietlonko”, tudzież „operacyjkę”.

Kupujmy. bułki. Wspierajmy kinematografię i nie bójmy się mówić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s